Przejdź do Taraki mobilnej! - masz wąski ekran.
zdjęcie Autora

04 lutego 2009

Tadeusz A. Olszański

Między Księgą Wełesa a Rękopisem Wojnicza
Legenda odnalezienia 'Księgi' - od zmyślenia do kultu

  1. Legenda odnalezienia "Księgi"
  2. Tekst bez kontekstu
  3. "Ruś Kijowska" o millenium postarzona
  4. Od tabliczek do ksiąg, od zmyślenia do kultu
  5. W poszukiwaniu narodowego mitu
  6. Inna bajka: Kodeks z Rohońca, Rękopis Wojnicza
  7. Kto jest autorem, a może - któż to jest autor?

Nie będę tu streszczał wiadomości o Księdze Wełesa (sam wolę posługiwać się nazwą oryginalną: "Włes-Kniga"); wystarczająco dobrze uczynił to już Wojciech Jóźwiak[1]. Wyłożę tu jedynie ważne powody, dla których uważam ten tekst za dwudziestowieczne fałszerstwo (nawet nie apokryf), które w powyższym tekście się nie znalazły. Później przejdę do innych zagadnień, wychodzących naprzeciw pytaniom o historyczne apokryfy, fałszerstwa i zmyślenia, stawianym przez W. Jóźwiaka na blogu Taraki[2].

Moim zdaniem nie ma powodu dla przyjęcia, że drewniane tabliczki, zapisane "włesowicą" kiedykolwiek istniały. To, co widzimy na fotografii, przedstawiającej jedną z nich, równie dobrze może być zapisem na papierze. I sądzę, że jest to jedyny tekst, jaki kiedykolwiek (przed współczesnym "wznowieniem" tego pisma) napisano "włesowicą[3]". To, co na pewno istnieje, to sporządzony przez Mirolubowa, a poprawiony przez innych tekst Włes-Knigi.

Nie widzę też powodu do przyjęcia - jeśli nie pojawią się nowe, wiarygodne wiadomości - by uznać, że autorem "Księgi" jest ktokolwiek poza Mirolubowem. Izenbek był tylko dogodnym dostarczycielem "legendy"; mógł w ogóle nie wiedzieć o roli, którą mu przypisano. A skoro tak - to mamy do czynienia z tłumaczeniem: oryginał Księgi musiał powstać w języku rosyjskim i dopiero później został "przepisany" improwizowaną przez Mirolubowa "praruszczyzną".

Ta hipoteza jest dziś najbardziej prawdopodobna. Opiera się na niewątpliwych faktach, odrzucając domysły i zmyślenia. Jest otwarta na nowe dowody, które mogą się pojawić, bo nauka jest konstrukcją zawsze otwartą, niedokończoną. Ale nie na kolejne spekulacje.


1. Legenda odnalezienia "Księgi"

Głoszona przez Mirolubowa i jego stronników opowieść o wywiezieniu Księgi przez Izenbeka nie trzyma się kupy, łagodnie rzecz ujmując. Od samego początku. Mamy oto uwierzyć, że oficer artylerii podczas kampanii wojennej zabiera ze splądrowanego dworu drewniane tabliczki o wadze co najmniej 20 kilo[4] i że przez kolejne trzy lata tułaczki taszczy je ze sobą w worku? Gdyby mowa była o rękopiśmiennym zwoju czy starej księdze - byłbym skłonny uwierzyć. Ale w to?!

Twórca "legendy" nie miał też pojęcia o historii Ukrainy Słobodzkiej[5], skoro umieszcza tabliczki w bibliotece tamtejszego ziemianina, sądząc z nazwiska (wg Mirolubowa - Zadonski; wg historyków regionu - Donec-Zacharżewski) wywodzącego się ze starszyzny kozackiej. Skoro o istnieniu tabliczek wiedziano (dworskie biblioteki to przecież nie klasztorne skarbce "za siedmioma pieczęciami"), jak wytłumaczyć, że nie nadano im rozgłosu? Że nie dotarli doń poszukiwacze "starożytności małorosyjskich" z nieodległego uniwersytetu w Charkowie, ludzie, zdolni docenić wartość takiego zabytku? Że nie opublikowano go jeszcze u schyłku XVIII w., gdy Wielkorosja zachłystywała się "Słowem o pułku Igora"? Że - zakładając nawet, iż Donec-Zacharżewscy nie chcieli sprzedać lub udostępnić tabliczek - nie było wzmianek o nich w ówczesnych czasopismach, protokołach uniwersyteckich, bogatej korespondencji? A przecież ich nie ma.

Wreszcie - o czym wiadomo od ćwierćwiecza - Ali Izenbek nie był na Charkowszczyźnie ani w 1919 r., ani przypuszczalnie nigdy. Urodzony w 1890 r. Fiodor Arturowicz (później Ali) Izenbek, wnuk uzbeckiego arystokraty z Kokandu[6], a syn wychrzczonego oficera rosyjskiej marynarki, powrócił do islamu i do 1917 r. był rysownikiem w ekspedycjach, badających zabytki Azji Środkowej. Nie brał udziału w I wojnie światowej. Po rewolucji, jak wynika z akt WCzK, przebywał na dworze emira Buchary, potem przez rok lub dwa walczył w "białej" partyzantce Turkiestanu, wreszcie zbiegł do Iranu. Miał stopień wojskowy miczmana[7], a nie pułkownika, w dodatku artylerii[8]. Najwidoczniej na emigracji przypisywał sobie walkę w szeregach Armii Ochotniczej i wysoką rangę.


2. Tekst bez kontekstu

Najważniejszym argumentem, przemawiającym przeciw autentyczności "Włes-Knigi" jest brak jakiegokolwiek kontekstu tego domniemanego zabytku. Lektura tekstu przekonuje, że nie mógł on powstać "na surowym korzeniu", jako pierwsza próba pisania w tym języku i tym alfabetem. Musiały istnieć przed nim i obok niego inne teksty. Nie mamy jednak żadnych innych świadectw o przedchrześcijańskiej piśmienności Słowian Wschodnich, a tym bardziej - o rozwiniętej literaturze, która byłaby w stanie wydać takie dzieło. Na rzecz autentyczności (skądinąd wątpliwej) "Słowa o pułku Igora" przemawia niekwestionowane istnienie literatury cerkiewnosłowiańskiej, w tym - zapisów ruskich pieśni epickich. Podobnie historyczną wiarygodność "Gilgamesza" potwierdzają miliony tabliczek, zapisanych pismem klinowym, a "Beowulfa" - dziesiątki ocalałych i setki znanych ze wzmianek literackich tekstów anglosaskich.

Jeśli - jak twierdzą "włesknigolodzy" - dzieło to powstało za czasów panowania w Kijowie Askolda (koniec IX w., raptem sto lat przed Włodzimierzem Wielkim)[9], jak wyjaśnić milczenie ruskich kronikarzy na temat istnienia lokalnego pisma, ba - jak wyjaśnić odrzucenie tego pisma przez rodzący się Kościół Rusi? Kościół wschodni nie "hellenizował", łatwo akceptował wielość języków i pism liturgicznych, nie ma więc żadnego powodu, by sądzić, że zastając na Rusi lokalny wariant cyrylicy, odrzuciłby go. A jeśli - to po dyspucie, której ślad zostałby w pismach religijnych. Co więcej - latopisy podają imiona bogów "panteonu Włodzimierzowego", tożsame z wymienionymi we "Włes-Knidze", dlaczego zatem przemilczają ją samą? Wreszcie - jak to możliwe, że pismo to nie przetrwało w żadnych innych inskrypcjach, skoro mamy na Rusi wcale liczne zabytki pisma runicznego, używanego tu sporadycznie?

Gdyby na Słowiańszczyźnie wschodniej przed jej opanowaniem przez Ruś[10], istniało rozwinięte piśmiennictwo w lokalnym języku, pozostawiłoby po sobie jeśli nie zabytki, to cytaty i wzmianki. I mało prawdopodobne, by tego rodzaju narzędzie rządzenia, znacznie użyteczniejsze, niż "cerkiewna", bałkańska słowiańszczyzna, zostało odrzucone przez ruskich władców, czy to przed, czy po przyjęciu chrześcijaństwa. A to oni, a nie odległy Konstantynów Gród, decydowali o kształcie rodzącej się nad Dnieprem kultury państwowo-chrześcijańskiej.

Jeśliby Włodzimierz Wielki (lub jego ojciec, Światosław Chrobry, zdecydowany przeciwnik chrześcijaństwa) zdecydował się budować godne tego imienia państwo pogańskie[11], także potrzebowałby pisma, bo bez niego nie da się stworzyć sprawnego aparatu urzędniczego. I gdyby istniał lokalny wariant cyrylicy, sięgnąłby poń, jako lepiej odpowiadający językowi Słowian, niż pismo runiczne, znane w jego otoczeniu, czy gockie, używane podówczas na Krymie. To dopiero koncept świadomości narodowej uczynił z pisma wartość, czynnik tożsamości. Przedtem było to tylko narzędzie.

Podniesiony przez W. Jóźwiaka argument, że "orędownicy ówczesnej Rodzimej Wiary" nie mogli w swych świętych tekstach użyć pisma "swoich ideowych śmiertelnych przeciwników"[12] jest zdecydowanie ahistoryczny. W Kijowie IX wieku nie było "orędowników wiary" (oprócz misjonarzy chrześcijańskich), nie istniało też pojęcie "Rodzimej Wiary", intelektualno-moralnej religii "nieobjawionej". Religie plemienne były "naturalne", a więc też "lokalne" i "liturgiczne", ich bogowie byli przede wszystkim patronami ludu i/lub miejsca, udział w praktykach religijnych[13] wynikał z przynależności do plemienia, później - ludu. Stąd łatwość przejmowania kultu bóstw zwycięskich najeźdźców, tym bardziej, że podbój był wówczas zjawiskiem "normalnym", ogólnie akceptowanym. Albo świadomy wybór religii jako narzędzia politycznego, znakomicie oddane w latopisie Nestora[14]. Budowa ponadplemiennego, a nawet ponadetnicznego państwa wymagała nie tylko odpowiednio wykształconych kadr, ale i integrującej idei, pozwalającej przezwyciężyć plemienne autonomizmy. Jednego i drugiego mógł dostarczyć świat chrześcijański lub islamski: dystans dzielący Słowian od świata śródziemnomorskiego był już zbyt wielki, by dał się nadrobić o własnych siłach, własną drogą.


3. "Ruś Kijowska" o millenium postarzona

Trzecim (po legendzie odnalezienia i kontekście historyczno-literackim) elementem o podstawowym znaczeniu dla oceny autentyczności tekstów o niepewnym pochodzeniu jest ich program ideowy (religijny, polityczny). Każde dzieło tego rodzaju powstaje bowiem w określonym celu, ma służyć potrzebom swych zleceniodawców, a więc - ich czasom. I tak np. celem kroniki Galla Anonima było "zamazanie" faktu, że ojciec Bolesława Krzywoustego był królobójcą (z jego rozkazu zamordowano syna Bolesława Szczodrego), a sam Bolesław - jako junior - nieprawnie zdobył tron, w dodatku mordując starszego brata. I jeśli program, dający odczytać się z danego tekstu, nie odpowiada rzeczywistości czasów jego domniemanego powstania, jest to bardzo silny argument przeciw jego autentyczności (tj. pochodzeniu z tych właśnie czasów).

To właśnie jest najważniejszym argumentem przeciw pochodzeniu "Słowa o pułku Igora" z XII w. Jego autor jest niewątpliwie patriotą Rusi, "ideologiem jedności całej ziemi ruskiej"[15]. Tymczasem taki patriotyzm, ba - samo pojęcie "Rusi czyli ziemi ruskiej" jest w XII w. anachroniczne. Paszkiewicz, autor klasycznego już dzieła o początkach Rusi[16] pisze: "Powiedział Orłow, że bohaterem Słowa była cała ziemia ruska. To twierdzenie należałoby bardziej sprecyzować: prawdziwym tematem poematu są przede wszystkim granice 'ziemi ruskiej'. I tu cel fałszerstwa występuje nazbyt jaskrawo"[17]. "Słowo" uzasadnia "zbieranie ziem ruskich", program polityczny Księstwa Moskiewskiego, zarysowany dopiero w XV w. I to, że poemat ten powstał w wieku XVI lub XVII, jest hipotezą godną uwagi, choć za bardziej prawdopodobne uważam, że napisano go pod koniec XVIII w. w kręgu moskiewskich miłośników "starożytności słowiańskich" oraz wielbicieli "Pieśni Osjana".[18]

Uzasadnieniem powyższej dygresji jest fakt, że dokładnie takie same zarzuty można postawić "Księdze", a analizy Paszkiewicza odnoszą się do niej równie dobrze. Także tu mamy rażące anachronizmy, jak pojęcie Rusi czyli ziemi ruskiej, odniesione już nie do XII, ale do VIII w., a nawet czasów Gocji czarnomorskiej, a także postulat ich jedności kulturowej i politycznej; jeden z komentatorów pisze, że jest to "wielkie wołanie do jednoczenia Rusi", inny, że natchnieniem twórców Księgi były "święte idee braterstwa wschodniosłowiańskiego"[19]. Ba - czytamy w niej o "powstaniu Kijowskiej Rusi"[20], co jest anachronizmem wprost zdumiewającym: autor "Księgi" nie wiedział o tym, iż termin "Ruś Kijowska" ukuł Karamzin pod koniec XVIII w. Wreszcie mamy otwartą polemikę z normanistami: "Niech to będzie nauką, byśmy nasz błąd zrozumieli, czemu znów musimy być w niewoli. Wziął bo Askold swych wojów, na łodzie posadził i poszedł grabić innych, jakoby na Greków iść miał, niszczyć miasta ich i ofiarę złożyć bogom na ziemi ich. Ale to wszystko była nieprawda, bo Askold nie Rusycz to, lecz Wareg, i cel miał inny..."[21]. Nieco wcześniej mowa jest o "jednym rodzie słowiańskim"[22]. Mógłbym tak dalej, ale chyba i tego starczy.


4. Od tabliczek do ksiąg, od zmyślenia do kultu

Znacznie ciekawszy od samej "Włes-Knigi" jest jej wpływ. Bo to od jej autora pochodzą kluczowe idee nie tylko ukraińskiego rodzimowierstwa, ale i ukraińskiego historiotwórstwa (historiografią nazwać tego nie sposób), mającego przywrócić zacieraną jakoby przez wieki prawdę o dziejach Ukraińców, najstarszego i najszlachetniejszego z narodów świata. O jego wartości może zaświadczyć hasło "Oriana" z wydanego przed piętnastu laty popularnonaukowego (!) "Słownika mitologii staroukraińskiej". Cytuję:

"ORIANA - pierwsza nazwa starożytnej Ukrainy. Kraina ORIJÓW. Jako struktura państwowa powstała na Podkarpaciu w V tysiącleciu p.n.e. Terytorium O. stopniowo poszerzało się po Dniepr, a cechy etniczne rozwinęły się w kulturze trypolskiej. O. jest praojczyzną narodów indoeuropejskich"[23].

Tak, nie mylicie się. Nie osiemnasto- czy dziewiętnastowieczni, ale współcześni ukraińscy historycy (rzecz jasna - niektórzy z nich, zdecydowana, choć głośna mniejszość) serio twierdzą, że Ukraińcy to Praiodoeuropejczycy, a ich język jest najbliższy pierwotnej mowie tego ludu (a także - sanskrytowi!). A także, że od owych Orijan (czyli Ariów) pochodzą Sumerowie, Pelazgowie, Trojanie, Filistyni i Etruskowie oraz ich języki, że Gautama Budda był Sakiem, czyli Scytą, czyli pra-Ukraińcem, i tak dalej, i temu podobne[24].

W styczniu 2005 r., wygłaszając mowę inauguracyjną prezydent Wiktor Juszczenko mówił m.in. o ziemi ukraińskiej, "pierwszej na świecie poruszonej pługiem rolnika"[25]. Zaś w zeszłym roku "doktor nauk politycznych Wałerij Bebyk" pisał na łamach organu parlamentu Ukrainy, że "jest rzeczą udowodnioną, że nasi przodkowie (Trypolcy/Ariowie) w ciągu VI - II tys. p n.e. aktywnie rozsiedlali się po świecie", a dalej iż "obecność aryjską można dostrzec także na Nowej Zelandii! Wg danych M. Butinowa, tamtejsze społeczeństwo składało się z wolnych i niewolników. Wolni dzielili się na arików (pierworodnych), rangatira (młodszych urodzeniem) i ware (zależnych)".[26] To właśnie rdzeń "ari-", a także podobieństwo jakiegoś maoryskiego wzoru do deseniu z prehistorycznych wykopalisk na Ukrainie ma świadczyć o pochodzeniu Maorysów od Ukraińców...

Takich tekstów (w tym publikacji książkowych) miałem w ręku setki. Podobnych rzeczy uczy się w szkołach ("Włes-Kniga" także stała się przed dziesięciu laty lekturą szkolną; dopiero niedawno zaczęto ją rugować z programów). A wszystko to w prostej linii zaczerpnięto - bezpośrednio lub pośrednio - z pism Lwa Syłenki, założyciela i proroka ukraińskiego rodzimowierstwa, którego konstrukcja, podobnie jak wcześniejsza konstrukcja Wołodymyra Szajana, opiera się na "Włes-Knidze". Ta jest więc tekstem fundamentalnym ukraińskiego rodzimowierstwa.

Pierwszy był lwowianin Szajan[27], student filozofii i filologii sanskryckiej Uniwersytetu Jana Kazimierza. Rozwijana przezeń w latach wojny koncepcja "pan-aryjskiego renesansu" opierała się na popularnej wówczas koncepcji "rasy aryjskiej" i wpisywała się w nurt odrzucania przez radykalnych (integralnych) nacjonalistów chrześcijaństwa po pierwsze jako "wiary żydowskiej", po drugie jako elementu, osłabiającego wolę narodu. "Włes-Knigę" poznał Szajan na emigracji i uznał za "świętą księgę Ukraińców", opierając na niej swą wizje tak religii, jak i historii[28]. Wniósł do niej jednak trudną do wyinterpretowania z "Księgi" troistość Peruna[29] i wiele innych idei, zdecydowanie anachronicznych w epoce powstania Wed, z którymi, jak twierdził, związana była "Księga".

Szajanowi nie udało się stworzyć gminy religijnej, chyba zresztą do tego nie dążył: był typem naukowca, nie proroka. Dopiero w 1981 r. jedna z kanadyjskich wspólnot RUNWiry zerwała z Syłenką, zapoczątkowując nurt ukraińskiej Rodzimej Wiary; dzięki jej wsparciu główne dzieła Szajana zostały wydane drukiem. Rodzima Wiara, sprowadzona na Ukrainę po 1991 r., znana jest jako Wspólnota Ukraińskich Pogan "Prawosławie" lub Odrodzenie Rodzimej Wiary Ukraińskiej.

Wspomniany Syłenko[30] w latach sześćdziesiątych zainicjował RUNWirę (Ridnu Ukrajinśku Nacionalnu Wiru), ogłaszając się jej Nauczycielem i Prorokiem (z tego względu niektórzy uważają RUNWirę za religię objawioną, a nie "neopogańską"[31]). Ruch ten osiągnął znaczne powodzenie, w dużej mierze dzięki charyzmatycznym cechom osobowości Syłenki oraz jego talentowi pisarskiemu[32]. Po 1991 r. RUNWira zaczęła rozwijać się także na Ukrainie. Jego "Maha Wira"[33] (Wielka Wiara) to nie tylko wykład zasad wiary, ale przede wszystkim - wykład dziejów Ukrainy w duchu rodzimowierskim.

Nie tu miejsce na omawianie tego ogromnego, liczącego ok. 1400 stron dzieła, zawierającego rozważania religioznawcze, historyczne, lingwistyczne, snute z charakterystyczną dla samouków-dyletantów ogromną pewnością siebie, a często w oczywisty sposób bzdurne[34]. Dla nas ważne jest, że Syłenko opiera się na "Włes-Knidze" w Szajanowskiej interpretacji, zapożyczając od niego m.in. związek "Knigi" z Wedami, aż po uznanie, że "przedchrześcijańska wiara Ukrainy/Rusi była religią wedyjską[35]. Uznanie, że "ukraińskie imię" Jedynego Boga brzmi Dażboh, trójpodział rzeczywistości na Jaw, Naw i Praw, imię praojca Ukraińców Or' (w "Księdze" - Orij) i wiele innych elementów pochodzi z Księgi, którą skądinąd Syłenko wzmiankuje zaledwie kilka razy, jako "przedchrześcijański latopis Ukrainy-Rusi", nie dając poznać, że jest to główne źródło jego koncepcji.

Gdyby Syłenko postanowił zostać pisarzem, mógłby stworzyć cykl powieściowy, mitohistorię Ukrainy, która przemawiałaby do współczesnych znacznie silniej, niż wykład, stylizowany na dawne kroniki. Ale i tak jego wpływ na kształtowanie się "ukraińskiego narodowego rozumienia historii"[36] był i wciąż jest ogromny.


5. W poszukiwaniu narodowego mitu

"Włes-Kniga" pojawiła się zbyt późno, by oddziałać na formowanie się nowoczesnej świadomości narodu ukraińskiego. Czasem, gdy przeobrażające się narody europejskie poszukiwały "wzorców tożsamości" w wielkich tekstach przodków, był przełom XVIII i XIX w. To wtedy pojawiają się kolejno (mówię o pierwszych "nowoczesnych" wydaniach drukiem): "Pieśni Osjana" (1762), "Słowo o pułku Igora" (1797), "Pieśń o Nibelungach" (1810), "Edda Starsza" (1812), "Beowulf" (1815), "Rękopis Kralodworski"[37] (1816), "Heliand"[38] (1830), "Kalevala" (1835), angielskie tłumaczenie "Mabinogionu" (1836) wreszcie "Pieśń o Rolandzie" (1837). Pewnie znalazłoby się coś jeszcze[39]...

Część z tych dzieł wywarła wielki wpływ na formowanie się nowoczesnych narodów, ale chyba tylko "Kalevala" i "Nibelungi" stały się rzeczywiście ich mitami założycielskimi. A i dla Niemców "narodowym eposem", dziełem, przez pokolenia kształtującym tożsamość wspólnoty co najmniej na równi z "Nibelungami", jest "Faust" Goethego. Dla Rosjan "eposem narodowym" stała się "Wojna i pokój" Lwa Tołstoja, dzieło, opowiadające (między innymi) o powstawaniu nowoczesnego narodu rosyjskiego. Wzorcową "narracją" Anglików tworzą przede wszystkim dzieła Szekspira (zwłaszcza tzw. Kroniki historyczne), a dopiero na drugim miejscu opowieści arturiańskie, nie zaś "Beowulf" czy "Opowieści kanterberyjskie". Czesi (z całym szacunkiem) pozostali przy knedliczkach i piwie...

A co z nami? Nie było w dziejach Słowian Zachodnich nic porównywalnego nie to, że z "Nibelungami", ale i z "rozproszonym eposem" który legł u podstaw "Kalevali". Nie było prapolskich bylin ani dum. Dlaczego jednak nie powstał projekt "sarmackiego Osjana", próba sfabrykowania lechickiego eposu? Materiał przecież był, choćby w kronice Kadłubka. A i zainteresowania nie brakło - Izabela ks. Czartoryska "pielgrzymowała" nawet na szkocki "grób Fingala"... A "Lilla Weneda" ujęta w formę poematu epickiego, a nie dramatu, mogła być łatwo ustylizowana na dzieło wczesnośredniowieczne.

Pierwszą próbą polskiego mitu założycielskiego był sarmatyzm, zaproponowany w XVI w. przez Macieja z Miechowa i jego kontynuatorów. Ale Miechowita nie pisał poematów, a dzieła naukowe. Polscy poeci renesansu i baroku nie zdecydowali się szukać wzorców w jego dziele, pozostali przy starożytności klasycznej. Zaś polskie Oświecenie było programowo antysarmackie, atakując nie tyle doktrynę czy mit, co styl życia szlachty polskiej, z sarmatyzmem utożsamiany. Potem zaś nie powstał "sarmacki romantyzm": nasi romantycy, tak jak oświeceniowcy, byli zapatrzeni we wzorce obce, tyle, że bardziej niemieckie, niż - jak tamci - francuskie. A jeśli szukano treści "bytu narodowego", to w tradycji wiejskiej, nie w odległej historii. Dlatego polskim "mitem założycielskim" stała się heroiczna bukolika, osadzona we współczesności (mówię oczywiście o "Panu Tadeuszu").

Ale było coś jeszcze. Romantyzm przyniósł kult Poety-Wieszcza, będącego Prorokiem, jeśli nie wręcz - Demiurgiem, prawującym się z Bogiem o swój Naród[40]. Taki Poeta nie mógł tworzyć apokryfów, musiał przemawiać z otwartą przyłbicą, we własnym imieniu. Mickiewiczowską "Grażynę", a nawet "Konrada Wallenroda" łatwo byłoby podać za tłumaczenie poematów starolitewskich, a ich twórca mógłby bez trudu stworzyć podobne dzieło "prapolskie". Nie chciał. Wolał podnieść do rangi eposu własne doświadczenia więzienne ("Dziady") i wspomnienia z dzieciństwa ("Pan Tadeusz"). Ale z pewnością wiedział, że czyni to, co twórcy "Osjana" - daje narodowi Wielką Opowieść, w której będą mogli znajdować wzorce i odpowiedzi. I udało mu się to bez porównania lepiej, niż tamtym[41]. Potem zaś przyszedł Sienkiewicz, którego dzieło jest niemal czystym eposem, choć ubranym w szatę epoki - powieści, nie poematu. Jest to - nie tak znów częsta w powieściopisarstwie historycznym - mityczna narracja o rzeczywistych wydarzeniach.

Ci dwaj "zamknęli niszę". Na dalsze dzieła, nawet apokryficzne, nie było już miejsca. Gdy pod koniec XIX w. Wojciech hr. Dzieduszycki próbował stworzyć polski poemat mitologiczny[42], poniósł klęskę: nawet "Stara baśń" Kraszewskiego silniej przemawiała do czytelników. Czemu się zresztą dziwić, skoro poemat otwierają następujące wersy: "Jeszcze za króla Kraka, gdzieś poza wsią stała, / Pod borem, nad strumieniem, wdowy chata biała". Pół wieku po Mickiewiczu! Gdyby Dzieduszycki mógł równać się talentem choćby z Krasińskim - może inaczej byśmy o nim mówili[43]. Może po prostu byśmy jego tekst zauważyli...

Nieco podobna historia wydarzyła się Ukraińcom. Tu tradycja pieśni epickich, wiodąca od wczesnośredniowiecznych bylin, przetrwała do XX wieku, dokładniej - do roku 1932, gdy z rozkazu Stalina zamordowano około czterystu kobzarzy, ostatnich europejskich aojdów, zawodowych wędrownych poetów-śpiewaków, opiewających głównie dawną Kozaczyznę. Ale przedtem przyszedł Szewczenko. I rzecz nie tylko w tym, że część jego wierszy jest inspirowana dumami, ani nawet w tym, że niektóre z nich jeszcze za jego życia weszły do kobzarskiego repertuaru, ale w tym, że Ukraińcy potraktowali jego wiersze, i te historyczne, i te liryczne, jako jednolitą całość. Do dziś wydaje się je wyłącznie pod tytułem "Kobzarz"[44], w stałym układzie. Nie jak zbiór wierszy, ale jak coś w rodzaju Biblii[45]. Sam Szewczenko zwany jest powszechnie "Kobzarzem" i "Prorokiem", a jego twórczość także dziś wywiera przemożny wpływ na kształt ukraińskiej tożsamości narodowej.

Szewczenko, z ducha romantyk, odrzucił pokusę stworzenia jednolitego "eposu kozackiego"; jego najobszerniejszy poemat epicki, "Hajdamacy" nawiązuje bardziej do europejskiej tradycji romantycznej, niż do rodzimej epiki. Półtora wieku później powstał jednak nad Dnieprem "epos nieistniejący"[46], złożony wyłącznie z tekstów dum, spisanych w XIX w., a traktujący o latach wielkości Kozaczyzny, do śmierci Bohdana Chmielnickiego Nie jest to apokryf: autor dokładnie wyjaśnia, co zrobił, a dla każdej linijki tekstu podaje źródło pochodzenia. Szewczenki nie zdystansuje (do głowy by mu to nie przyszło, jak sądzę) - ale być może wskazuje nam nowy kierunek poszukiwań.


6. Inna bajka: Kodeks z Rohońca, Rękopis Wojnicza

Kodeks z Rohońca to zupełnie inna historia. Omawiane dotąd apokryfy pisano po to, by zostały odczytane, ten powstał po to, by poza wąskim gronem wtajemniczonych był nieczytelny. Istnienie tego kodeksu jest niewątpliwe: znajduje się on w bibliotece Węgierskiej Akademii Nauk, liczy 448 stron, zawiera dość luźno i niestarannie zapisany tekst i 87 miniatur. Spisany został na szesnastowiecznym papierze, prawdopodobnie istniał w połowie XVIII w., a z pewnością - sto lat później[47]. Tyle wiemy na pewno.

Podobnie z tzw. Rękopisem Wojnicza. O nim wiemy jeszcze mniej. Podobno istniał już w XVII w., ale jego udokumentowana historia sięga połowy XIX w., a może dopiero początku wieku XX, gdy nabył do Wilfryd Wojnicz (Voynich)[48]. Spisany na pergaminie, datowanym między XIV a XVIII wiekiem, liczy on 240 stron (znacznie większych, niż Kodeksu), dość ściśle zapisanych starannym, kaligraficznym pismem i opatrzonym licznymi ilustracjami, w tym diagramami astronomicznymi. Ich styl przypomina ilustratorstwo przełomu XV i XVI w.[49] Badaczom został udostępniony dopiero w latach siedemdziesiątych[50], zyskał znacznie większą popularność, niż Kodeks z Rohońca, i obrósł mnóstwem hipotez z pogranicza nauki i literatury. Żadna nie znajduje rzetelnych podstaw.

Bardzo różne pisma Kodeksu i Rękopisu, alfabetyczne lub może sylabiczne, nie przypominają żadnego ze znanych historii systemów pisma. Wszelkie próby odczytania ich zawiodły - i będą zawodzić nadal, chyba, że znajdziemy klucz. Nie ma bowiem żadnych podstaw do założenia, że Kodeks napisano w jakiejś wersji węgierskiego, dackiego, rumuńskiego czy którymś z języków Indii. Równie dobrze może być po polsku, mandaryńsku, staropersku lub klingońsku[51]. Tym bardziej nie mamy pojęcia, czy Rękopis oddaje jakikolwiek ogólnie znany język.

Żeby złamać szyfr, musimy założyć, że zaszyfrowany tekst napisano w określonym języku. Inaczej narzędzia kryptografii będą prowadzić na coraz dalsze manowce. Nie ma bowiem uniwersalnej, ponadjęzykowej częstości występowania głosek, ani uniwersalnych struktur gramatycznych. To dlatego Japończykom nie udało się złamać kodu radiowego armii USA: bo kodu nie było, radiooperatorzy mówili otwartym tekstem, tyle, że w języku Navajo. A na ten pomysł japońscy kryptolodzy nie wpadli - czy w ogóle wiedzieli o istnieniu takiego języka?

Jeśli nie znamy języka, ale potrafimy odczytać pismo (tj. wiemy, jakie wartości fonetyczne przypisać poszczególnym znakom), możemy poszukiwać pokrewieństwa języka tekstu z innym, znanym. I jeśli znajdziemy język spokrewniony, możemy próbować odczytać tekst. Jeśli jednak nie znamy ani języka, ani systemu pisma, nic nie zwojujemy, dopóki nie znajdziemy "kamienia z Rosetty"[52], tłumaczenia tekstu w badanym języku na język nam znany. A i to pod warunkiem, że jest to właściwe tłumaczenie.

Skoro Kodeks z Rohońca czy Rękopis Wojnicza nie powstały po to, by dały się odczytać i posłużyć budowie mitu narodowego (lub jakiegokolwiek innego), to po co mogły powstać? Odpowiedź na to pytanie jest tak prosta, że aż nie do przyjęcia dla naukowców, a zwłaszcza paranaukowców, na ogół śmiertelnie poważnych. Otóż dla zabawy. Może okultystycznej gry, przypominającej współczesne gry fabularne (w ramach i na użytek których powstają dziś setki systemów pisma i szkieletowych języków), może dla zaspokojenia "tajonego nałogu", jak nazwał kiedyś linguopoeię (językotwórstwo) jej odnowiciel, J.R.R. Tolkien?[53]

Nasi przodkowie także się bawili. Oświeceni arystokraci zabawiali się w pasterzy w sposób, przypominający współczesne gry fabularne (RPG), a opis siedemnastodniowego gubernatorstwa Sancho Pansy na wyspie Baratarii[54] żywo przypomina relację z dobrego LARPa[55], choć celem tej gry nie była przygoda, ale perfidna drwina. Prawda, to opis literacki - ale czy całkowicie wymyślony, skoro dzieło Cervantesa to przecież satyryczna opowieść o Hiszpanii jego czasów? Dla ilu arystokratów utrzymywanie nadwornych alchemików, wróżów i mediów było właśnie grą, zabawą "pour le passeur de temps"[56], co jest odwieczną troską i motywacją "klas próżniaczych"? Dlaczego więc nie mieliby bawić się także w tworzenie prywatnych języków, tworzyć w nich tekstów, by zabawić się kosztem znajomych i potomnych? Skoro dziś powstają dzieła takie, jak Kodeks Serafiniego[57], wcale podobny do Rękopisu Wojnicza, ale otwarcie podanym jako owoc nader pracochłonnej fanaberii naszego współczesnego - czy nie mamy prawa sądzić, że podobne fanaberie nawiedzały naszych przodków?

Historycy mają tendencję do traktowania dawnych autorów jako sobie podobnych - ludzi nauki, a przynajmniej jako ludzi po mieszczańsku poważnych lub, przeciwnie, po chłopsku naiwnych. Ewentualnie jako literatów we współczesnym rozumieniu, precyzyjnie oddzielających "własne" od cudzego" oraz "fikcję" od "faktów". Ale to są koncepcje współczesne, zrodzone w mieszczańskim właśnie świecie XIX wieku. Kronika Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem pełna jest zmyślonych opowieści, których miejsce widzielibyśmy dziś w beletrystyce. I na ogół nie są jego własne zmyślenia, lecz adaptacje wędrownych motywów wczesnośredniowiecznej literatury kronikarsko-moralistycznej (na długo przed Popielem myszy zjadły ponoć pewnego niemieckiego biskupa...).


7. Kto jest autorem, a może - któż to jest autor?

Nie sądzę, by dało się skonstruować kategorię "dzieł literackich, podających się za coś innego, niż są", w której znalazłyby się "Włes-kniga", Ewangelia św. Marka i dzieła Szekspira[58]. Czym innym są apokryfy, dzieła pisane po to, by zostały uznane za powstałe w innej epoce, niż rzeczywisty czas ich tworzenia ("Włes-kniga", "Pieśni Osjana", "Rękopis Kralodworski" etc.), czym innym dzieła podpisane pseudonimem, choćby był on nazwiskiem innej osoby (nawet jeśli Szekspir użyczył swego nazwiska innemu twórcy, ten był jego współczesnym i dla oceny jego dzieł ma to podobnie mało znaczenia, jak to, czy "Iliadę" napisał Homer, czy inny poeta, używający tego samego imienia[59]). Jeszcze czym innym są teksty sakralne, uznawane za objawione przez Boga za pośrednictwem natchnionych pisarzy. Tu także osoba "nominalnego" autora nie ma znaczenia, co podkreśla chrześcijańska nomenklatura, mówiąca nie o "Ewangelii świętego Marka", ale "... według św. Marka". To jest jego opowieść, nieważne, przez kogo spisana i zredagowana.

Dawne czasy nie przejmowały się autorstwem. Skryba, sam nieraz tęgi poeta, spisując, a nawet przepisując opowieść, przerabiał ją wedle własnego gustu i poglądów swych czasów. Tak czynili wielcy, jak Snorri Strurlson, bezimienny Poeta "Beowulfa", autor "Pieśni o Rolandzie" (obdarzony znacznie mniejszym talentem), tak czynili autorzy żywotów świętych i późniejsi autorzy "jarmarcznych" przeróbek dawnych opowieści, jak niemiecki autor "Historii o niezwyciężonym rycerzu Zygfrydzie"[60], a wcześniej - pisarze, którzy swą nieudolnością i głupotą sprowokowali Cervantesa do stworzenia "Don Kichota". Jedni pozostawiali tekst anonimowym, inni pozostawiali imię pierwotnego autora, niezbyt liczni sami podawali się za autorów. Dopiero dla Cervantesa i Szekspira ważne było, by być uznawanymi za twórców: tak rodziła się koncepcja indywidualnego autorstwa, nie bez związku z tym, że publikacje, wydawane drukiem na użytek świecki, zaczynały przynosić dochód. Romantyzm wprowadził kult Artysty, który nie mógł być anonimowy. Późnej pojawiło się prawo autorskie...

Kto jest autorem dzieła? Nawet dziś nie zawsze łatwo odpowiedzieć na to pytanie. I nie mówię o przypadkach plagiatu czy o adaptacjach. Cóż bo począć z "Silmarillionem" J.R.R. Tolkiena, dziełem, skomponowanym przez jego syna, Christophera oraz G.G. Kaya. Nie zredagowanym, jak do niedawna sądzono, lecz właśnie skomponowanym z fragmentów różnorodnych wersji, powstałych w ciągu dziesięcioleci pracy Tolkiena-ojca. Ich działalność można porównać do Lönnrotowego tworzenia "Kalevali"... Dziś, po opublikowaniu tych wersji w wielotomowej "Historii Śródziemia", zadajemy sobie pytanie: kto naprawdę jest autorem wydanego w 1977 r. "Silmarillionu"?

I gdybyż to był koniec... Przed kilku laty Tolkien-syn wydał "Dzieci Hurina", jedną z opowieści, tworzących "Silmarillion". Pewien polski znawca twórczości Tolkiena[61] uznał tę rekonstrukcję za niewłaściwą - i skomponował własną, pod tytułem "Opowieść o klątwie Morgotha"[62]. W obu tekstach nie ma ani jednego słowa, którego by nie napisał J.R.R. Tolkien - a jednak są to wyraźnie różne opowieści. Obie są na równi dziełem Tolkiena... Czyżby?

A oto przykład z zupełnie innej beczki. W latach osiemdziesiątych wystawiono w Warszawie "Kubusia Fatalistę" Denisa Diderota. Piosenki, znakomicie wplecione w tekst sztuki, napisał Wojciech Młynarski. Ale refren najlepszej z nich brzmiał "Za duży wiatr na moją wełnę, za duży wiatr", słowa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego[63]. Czyje więc dzieło właściwie grano w warszawskim teatrze? Na gruncie obecnej teorii autorstwa, umacnianej przez coraz bardziej restrykcyjne prawo autorskie, jest to problem nie do rozwiązania.

Gdyby nie przekonanie, że autor powinien być "oryginalny", tj. tworzyć coś, czego jeszcze nie było, oficjalnie podzielane nawet przez najwtórniejszych partaczy literatury jarmarcznej (pardon - popularnej), a także gdyby nie agencje praw autorskich, zastrzegające, co się da, zawzięcie ścigające plagiatorów rzeczywistych i mniemanych, rynek byłby pełen "romansów tolkienowskich" "conaniańskich" i najróżniejszych innych, wzajemnie zapożyczających elementy, sytuacje i imiona, dokładnie tak, jak w czasach wydrwionych przez Cervantesa opowieści o Amadisie z Galii. Tam, gdzie właściciel praw na to pozwala, mamy dziesiątki licencjonowanych "romansów gwiezdnowojennych", setki opowieści o Conanie Barbarzyńcy[64] itd.

A przecież takie dzieła i dziełka powstają, choć pozostają zamaskowane: większość literatury fantasy powstaje przez tasowanie elementów z dzieł najważniejszych jej twórców, rekombinowanie, zmienianie, bardzo często - psucie[65]. Tyle, że za każdym razem trzeba tworzyć nowe nazwy i imiona, rysować nowe mapy etc. Ale jak długo można tasować tą samą talię kart? Zaś ci, którzy odważają się osadzać swe opowieści bezpośrednio w świecie - powiedzmy - Tolkiena, muszą swe dzieła publikować w obiegu fanowskim, głównie w internecie. A ich dzieła nierzadko wyrastają znacznie ponad średnią komercyjnej fantasy. A niektóre może i sam Tolkien przeczytałby z zainteresowaniem[66]...

Dość daleko odbiegłem od głównego tematu tych rozważań. Ale nie bez uzasadnienia, bo dzieła, podobne do "Pieśni o Nibelungach", "Beowulfa" i "Słowa o pułku Igora" powstają także dziś. Powstają też dzieła podobne do "Włes-Knigi" i "Mahawiry"[67]. Bo wyobraźnia "mitologiczna" okazała się nieśmiertelna, a potrzeba mitu, "Wielkiej Opowieści" tłumaczącej opowieść, której częścią jesteśmy my sami, wydaje się dziś umacniać, nie zaś słabnąć. Ale zbyt mocno wierzymy dziś w ideę autorstwa, by "Krymhilda"[68] czy "Gilgamesz"[69] w ujęciu Stillera mogły ukazać się anonimowo, jako dzieła "odwieczne", choć łatwo mogłyby ujść za przekłady: pierwsze zaginionego rękopisu niemieckiego, drugie klinowych tabliczek, odnalezionych w przepastnych kolekcjach British Muzeum.


Warszawa, styczeń 2009


Tadeusz A. Olszański

Notka o Autorze w Wikipedii »



Przypisy

[1] Wojciech Joźwiak, Księga Welesa - jej znalezienie, treść i kontrowersje: minimum tego, co należy o niej wiedzieć (www.taraka.pl/welesa.htm)

[2] Wojciech Joźwiak, Księga Welesa, wpis z 20.XII.2008, blog "Taraka-Autopromo"

[3] Specyficzna odmiana cyrylicy, znana tylko z dziesięciu linijek Włes-Knigi. Jej porównanie z cyrylicą, uncjałą bizantyńską (główne źródło cyrylicy) i głagolicą (pierwszy alfabet słowiański, całkowicie arbitralny; część jego znaków weszła w skład cyrylicy) można znaleźć w: maara.narod.ru/biblioteka/bib_b?bib_b4.html

[4] Większość źródeł nie podaje, ile tabliczek liczy Księga. W ukraińskiej publikacji "Wełesowa Knyha. Łehendy. Mity. Dumy" (opracowanie Borysa Jacenki, wyd. Wełesycz, Kijów 1995) podano liczbę 72 (str. 133). Wysuszona bukowa deszczułka o wymiarach 0,38 na 0,22 na 0,5 cm waży ok. 0,3 kg. Wcale pokaźny bagaż...

[5] Ukraina Słobodzka (Słobożanszczyzna), obszar od Putywla po średni bieg Donu, zasiedlony w II połowie XVII w. przez Kozaków z Prawobrzeża oraz chłopów i mieszczan, uchodzących przed wojnami z centralnej i zachodniej Ukrainy. Jej centrum stał się Charków.

[6] Miasto w obecnym Uzbekistanie.

[7] Odpowiednik starszego bosmana w marynarce RP; w marynarce carskiej Rosji był to najniższy stopień oficerski.

[8] Oleś Buzina, Otkuda poszła "Włesowa kniga" [w] Kijewskije Wiedomosti z 24.03.2001 r. Autor powołuje się na badania Galiny Bieliakowej.

[9] Wełesowa Knyha. op. cit. str. 246. Jacenko jest czołowym ukraińskim badaczem Włes-Knigi.

[10] Nie jest jasne, czy Ruś (nazwa, mająca formę liczby zbiorowej), społeczność, która podporządkowała sobie słowiańskie i częściowo niesłowiańskie ludy Europy Wschodniej i stworzyła na kilka pokoleń ponadplemienne imperium, miała charakter etniczny (w takim razie - skandynawski), czy też społeczny (swoista "korporacja", zajmująca się handlem niewolnikami). Nie ma natomiast wątpliwości, że była ona czynnikiem zewnętrznym wobec wschodnioeuropejskich plemion rolniczych. Stąd używanie określenia Ruś (także przeze mnie) dla czasów wcześniejszych, niż schyłek IX w. jest anachronizmem.

[11] Władztwo pierwszych Rurykowiczów nie było państwem nawet w ówczesnym rozumieniu, lecz konglomeratem terytoriów plemiennych, które łączyło jedynie dość luźne podporządkowanie Rusi. Państwo ruskie zbudował dopiero syn Włodzimierza Wielkiego, Jarosław Madry.

[12] Wojciech Jóźwiak, Księga Welesa (wpis), op. cit.

[13] Wiara we współczesnym rozumieniu pojawia się dopiero wraz z religiami objawionymi; wcześniej religię tworzyła niemal wyłącznie liturgia, a samo pojęcie transcendencji Bóstwa było - i do dziś jest - dostępne tylko dla ludzi o pewnym wykształceniu filozoficznym. Tzw. religijność ludowa do najnowszych czasów także polegała przede wszystkim na udziale w obrzędach.

[14] Włodzimierz Wielki najpierw usiłował zaprowadzić w swym państwie jednolity kult religijny (latopiśca wymienia Peruna, Chorsa, Dadźboga, Striboga [Strzybog to forma polska; we wschodniosłowiańskiej musiało być miękkie "r"], Simargła i Mokosza), zapewne łącząc w jednym panteonie bóstwa podbitych ludów, gdy zaś to okazało się nieskuteczne, zdecydował się na podniesienie do rangi religii państwowej chrześcijaństwa. Por. Kroniki Staroruskie, Warszawa 1987, str.str. 55, 58-59, 70-71 i 75-77.

[15] A. Orłow, "Słowo o połku Igoriewie" kak litieraturnyj pamiatnik, cyt, za: Henryk Paszkiewicz, Początki Rusi, Kraków 1996, str. 383.

[16] W wersji angielskiej ukazało się ono w 1954 r. jako The Origin of Russia. Praca ta zawiera odrębny dodatek, poświęcony "Słowu" (w wydaniu polskim str.370-388).

[17] Henryk Paszkiewicz, op. cit., str. 385.

[18] Autor pierwszej wzmianki o "Słowie", wybitny historyk Nikołaj Karamzin, był też rosyjskim tłumaczem "Pieśni Osjana". Patrz bliżej: Hryhorij Hrabowycz, Wiczne powernennia mistyfikacij [w] Krytyka, nr 1-2 z 2001 r.

[19] Pierwszy cytat z S.J. Paramonowa, drugi - J.K. Biegunowa, za: J.K. Biegunow, Obrietienije Welesowoj Knigi, www.kirsoft.com.ru/freedom/KSNews_386.htm. W to, że wymienione idee były natchnieniem autorów "Księgi", łatwo wierzę - pod warunkiem, że żyli oni w XX wieku.

[20] Wełesowa Knyha, op. cit., str. 104;

[21] Wełesowa Knyha, op. cit., str. 103; tłumaczenie własne wg tekstu ukraińskiego.

[22] Wełesowa Knyha, op. cit., str 53.

[23] Serhij Płaczynda, Słownyk dawnioukrajinśkoji mifołohii, Kijow 1993, str. 40.

[24] Zwięzłe omówienie tych poglądów można znaleźć w: Andrew Wilson, Ukraińcy, Warszawa 2002, str.21-39. Skądinąd autor ten błędnie (i bez podania źródła) pisze o "powstałej w epoce breżniewowskiej, jednoznacznie apokryficznej Księdze Własa ('Włas' to nazwa 'Ariów rosyjskich') sprokurowanej przez Walerija Skurłatowa" (ibidem, str. 25). Skurłatow był jednym z pierwszych popularyzatorów "Księgi" w ZSRS.

[25] Fragment ten wykreślono z opublikowanego tekstu mowy. Słuchałem jej na żywo.

[26] Wałerij Bebyk, Ki-Ja(A)nskaja (U)kraina [w] Hołos Ukrajiny z 19.09.2007 r. Jest to jedna z licznych podobnych publikacji w tej gazecie, skądinąd służącej jako organ promulgacyjny ukraińskiego prawodawstwa.

[27] Wołodymyr Szajan urodził się we Lwowie w 1906 r. W latach 1927-39 studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Prawdopodobnie był związany z banderowskim skrzydłem OUN, ale w walce zbrojnej nie brał udziału. W 1943 r. założył Zakon Rycerzy Boga Słońca, bractwo o charakterze nacjonalistyczno-religijnym, które rozpadło się ono rok później. Wiosną 1944 r. uciekł do Niemiec, jako obywatel Rzeczypospolitej uniknął wydania w ręce sowieckie, a w 1948 r. wyjechał do Anglii. W obozie w Augsburgu odtworzył Zakon, który zapoczątkował ruch "Ridnoji Wiry" (Rodzimej Wiary). Jednym z jego członków był Łeonid (Łew) Syłenko. Organizacja ta nie przetrwała rozwiązania obozu i rozjechania się "rycerzy" w różne strony. W Londynie Szajan był działaczem ukraińskiego ruchu społecznego, a zwłaszcza naukowego. Jego główne dzieło religijne, "Wira predkiw naszych" ukazało się w 1987 r. w Hamilton. Zmarł w Londynie w 1974 r.

[28] Por. Wołodymyr Szajan, Nasza swiaszczenna knyha, [w] Wełesowa Knyha. op. cit. Str. 262-268.

[29] "Perun to sam Swaroh w troistości jego istoty", ibidem str. 264.

[30] Łew (Łeonid) Syłenko urodził się w 1921 r. we wsi Ratkówka (obecnie Ołeksandrówka) na środkowej Ukrainie. W 1941 r. dostał się do niewoli, następnie współpracował z niemieckim kontrwywiadem w inwigilacji melnykowskiego skrzydła OUN, pod koniec wojny znalazł się w amerykańskiej strefie okupacyjnej, w obozie dla uchodźców związał się z Szajanem, od którego otrzymal imię "Orłyhora", po opuszczeniu obozu prawdopodobnie studiował w Heidelbergu, w 1953 r. wyjechał do Kanady, później przeniósł się do USA. W 1964 r. zaczął głosić nową wiarę. W 1979 r. wydał "Maha Wirę", zawierającą wizję tak religii, jak i dziejów Ukrainy. W 2008 r. powrócił na Ukrainę, ale po kilku miesiącach z niejasnych powodów wrócił do Kanady, gdzie w listopadzie tegoż roku zmarł.

[31] Argument ten uważam za oparty na nieporozumieniu. Cechą religii objawionych nie jest to, że mają założyciela/proroka, ale to, że ten założyciel nie jest "odnowicielem", lecz przekazuje istotnie nową treść religijną (jak np. Jezus, Mahomet, Gautama Budda czy Nanak) i że na ogół oddawana jest mu cześć, należna bóstwu. Z drugiej strony wszystkie religie rodzimowierskie mają założycieli, bo we współczesnym społeczeństwie nie do powtórzenia jest droga powstawania religii naturalnych.

[32] Do wiernych RUNWiry należą m.in. mieszkający w USA rodzice Kateryny Czumaczenko-Juszczenko, małżonki obecnego prezydenta Ukrainy.

[33] Łew Syłenko, MAHA WIRA. Ridna Ukrajinśka Nacionalna Wira. Wełyke Switło Woli. Spiwwidnoszennia wiry, nauky, filosofii, istoriji, Oriana (stan Nowy Jork) 1979.

[34] Przytoczę tu fragment, uzasadniający ideę "narodowego rozumienia Boga": "Dla wszystkich ludzi planety Ziemia jest jedno Słońce. Ale ono przejawia swą słoneczna istotę na różnych obszarach Ziemi na różne sposoby. Na przykład pod Słońcem Arktyki żyją Eskimosi, leżą wieczne śniegi i w śniegach rodzą się białe niedźwiedzie - pokarm dla ludzi. Pod Słońcem równika żyją Brazylijczycy, szumią dżungle, dojrzewają banany, w błotach rodzą się krokodyle - pokarm dla ludzi. Pod Słońcem Ukrainy żyją Ukraińcy, kwitną wiśniowe sady, szumią napojone słońcem zboża chlebowe, pasie się bydło - pokarm dla ludzi" (Syłenko, op. cit., str. 275). Nie daruję też sobie wywodu, zgodnie z którym "ortopedia" to "właściwe wychowanie" (od "ped", dziecko) (tamże, str. 502).

[35] Syłenko, op. cit., str. 124.

[36] Wprowadzam ten termin przez analogię do Syłenkowego "ukraińskiego narodowego rozumienia boga".

[37] Mniemany zbiór epickich pieśni czeskich; wraz z opublikowanym dwa lata później "Rękopisem zielenogorskim" (lub "Sądem Libuszy") był dziełem czeskiego poety i filologa, Vaclava Hanki.

[38] "Heliand" (Zbawiciel), aliteracyjny poemat starosaksoński z IX w.

[39] Jak pseudo-fryzyjska "Księga Oera Linda", wydana znacznie później, w 1872 r.. Ten apokryf nie miał chyba celu "narodotwórczego", lecz okultystyczny. Prawdopodobnie wpłynął na Jelenę [Helenę] Bławatską, a później zainteresował Himmlera i stał się lekturą szkolną w III Rzeszy. Patrz: en.wikipedia.org/wiki/Oera_Linda

[40] Por. Adam Mickiewicz, Dziadów część III. Podobne idee znajdujemy u Słowackiego ("Kordian") i ukraińskich wieszczów: Tarasa Szewczenki i Iwana Franki.

[41] Także dlatego, że - inaczej niż tamci - swym dziełem ustanowił nowoczesny standard polszczyzny, który dopiero w naszych czasach sie zachwiał.

[42] Wojciech Dzieduszycki, Baśń nad baśniami, Lwów 1889.

[43] Szerzej o dziele Dzieduszyckiego patrz: Jakub Z. Lichański, Baśń nad baśniami Wojciecha Dzieduszyckiego. Epos bohaterski czy prekursorski utwór literatury fantasy? [w] idem, Opowiadania o... krawędzi epok i czasów Johna Ronalda Reuela Tolkiena czyli metafizyka, powieść, fantazja, Warszawa 2003. Tamże zamieszczono tłumaczony z niemieckiego tekst Dzieduszyckiego "Mity i baśnie Słowian Północnych", w odróżnieniu od poematu dający się czytać.

[44] Wydanie polskie: Taras Szewczenko, Kobziarz, w tłumaczeniu Piotra Kuprysia, Lublin 2008. Jest to pierwsze polskie wydanie całości poezji Szewczenki, szczęśliwie dokonane przez jednego tłumacza. W swoim tekście używam formy "kobzarz", bo dla zmiękczenia "z" nie widzę dostatecznej racji, tym bardziej, że w potocznej polszczyźnie "kobziarz" to wciąż grający na dudach, nie na kobzie.

[45] Na Ukrainie "Kobzar" nawet dziś szeroko uważany jest za księgę "nastolną" (podręczną), tj. taką, która powinna być w każdym domu i zajmować eksponowane miejsce obok Pisma Świętego, a w wielu domach portrety Szewczenki wiszą między ikonami.

[46] Andrij Szmalko, Epos, jakoho nema, Kijów 2007.

[47] Patrz en.wikipedia.org/wiki/Rohonc_Codex

[48] Wilfrid Michael Voynich był Polakiem. Urodził się w 1865 r. jako Michał Habdank-Wojnicz w Telszach (ówczesna gubernia kowieńska). Był członkiem partii "Proletaryat" Ludwika Waryńskiego, został zesłany na Syberię, skąd zbiegł do Anglii. Tam został antykwariuszem, przyjął też imię Wilfrid. Podczas I wojny światowej wyjechał do USA, gdzie zmarł w 1930 r. Jego żona, Ethel Lilian Voynich, także rewolucjonistka, była autorką głośnej swego czasu antyklerykalnej powieści "Szerszeń".

[49] Patrz: en.wikipedia.org/wiki/Voynich_manuscript

[50] Facsymile opublikowano w 2005 r.

[51] Tu się cokolwiek zapędziłem - klingoński w XIX w. jeszcze nie istniał.

[52] Kamień z Rosetty to hellenistyczna stela egipska, zawierająca ten sam tekst egipskim pismem hieroglificznym, egipskim pismem demotycznym oraz po grecku. Jego odnalezienie pozwoliło J.F. Champollionowi odczytać pismo hieroglificzne.

[53] J.R.R. Tolkien, Tajony nałóg [w] Potwory i krytycy, Poznań 2000.

[54] Miguel de Cervantes Saaverda, Przemyślny hidalgo Don Kichot z Manczy, tom II, rozdziały XLVI - LIII.

[55] Live Action Role Playing, gra fabularna w formie "manewrów", niekiedy wielodniowych.

[56] Dla zabicia czasu.

[57] Codex Seraphinicus, dzieło włoskiego architekta, Lugiego Serafiniego (zatem "Seraphinicus" w tytule nie odnosi się do serafinów), powstało w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Licząca ponad 300 stron książka wydaje się być encyklopedią fikcyjnego świata, spisaną w języku tego świata. Patrz bliżej: en.wikipedia.org.wiki/Codex_Seraphnicus.

[58] Wg listu W. Jóźwiaka do autora z 27.12.2007 r.

[59] Tak głosi stara anegdota, zwracająca uwagę na fakt, że o Homerze nie wiemy nic, oprócz imienia. Wszystko inne jest domysłem. O Szekspirze i domniemanych autorach, kryjących się za nim, wiemy całkiem sporo.

[60] Historia o niezwyciężonym rycerzu Zygfrydzie. Ciekawe i zajmujące opowiadanie z przeszłości [w] Piękne historie o niezłomnym rycerzu Zygfrydzie, pannie wodnej Meluzynie, królewnie Magielonie i świętej Genowefie. Antologia jarmarcznego romansu rycerskiego, Wrocław 1992. Pierwsza z opowieści jest anonimowa, powstała w Niemczech w XVII w., dwie dalsze mają korzenie średniowieczne.

[61] Jego nazwiska nie ujawnię; dla jasności - to nie ja; na takie dzieło nie starczyłoby mi ani wiedzy, ani sił.

[62] Diírhaval of the Havens, Narn e.'Rach Morgoth. The Tale of the Curse of Morgoth, Translated and edited by J.R.R. Tolkien, Wyd. MumakiL Fandom PresSsss..., Annúminas 2007. Ta fanowska zabawa, wydana drukiem w kilkunastu egzemplarzach, liczy sobie 290 stron tekstu, w tym profesjonalny indeks.

[63] Fragment wiersza "Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich", powstałego w 1946 r.

[64] Prawa autorskie zmarłego w 1936 r. R.E. Howarda już wygasły (chyba, że zostały odnowione zgodnie z prawem USA), więc każdemu wolno buszować literacko po Cymmerii i okolicach.

[65] Podobnie jest z romansem, ileż bo w końcu da się wymyślić schematów opowieści miłosnej...

[66] Tolkien pisał, że z początku zamierzał stworzyć zrąb systemu mitologicznego tak, by był on otwarty na twórczość "innych umysłów i dłoni". Por. J.R.R. Tolkien, Listy, Poznań 2000, str. 218.

[67] Np. w Polsce Czesława Białczyńskiego "Stworze i zdusze czyli staro-słowiańskie boginki i demony", Kraków 1993 i "Mitologia słowiańska. Księga tura}, Kraków 2000. To drugie dzieło zostało wznowione w poprawionej wersji w 2007 r., oczekiwane są trzy dalsze tomy tej zdumiewającej rozmachem, ale i dyletantyzmem rekonstrukcji "Wielkiego Dzbana Zerywanów" czyli słowiańskiej mitologii, zadłużonej zresztą we "Włes-Knidze", a może i u Syłenki.

[68] Krymhilda. Opowieść rycerska o Nibelungach. Według średniowiecznego eposu napisał Robert Stiller, Warszawa 1974.

[69] Gilgamesz. Epos babiloński i asyryjski ze szczątków odczytany i uzupełniony także pieśniami szumerskimi przez Roberta Stillera, Warszawa 1967.


Zaloguj się - aby napisać komentarz   Rejestracja - jeśli nie masz konta w Tarace

x

Szybki przegląd Taraki

[X] Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)